Wydarzenia na lewicy

Zarząd Polskiej Lewicy

Siedziba partii

Korespondencję do 
Zarządu Partii
prosimy kierować na adres

Polska Lewica
ul. Al. Kamińskiego 2 m. 2
03-130 Warszawa
tel. 693-190-304 
     501-752-204

zarzad@polskalewica.pl 

Komentarze polityczne
PDF Drukuj Email

W dniu 07 czerwca 2010 r. od godz. 10.00 odbywało się w Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej w Kaliszu spotkanie z Grzegorzem Napieralskim.

Na spotkaniu tym członkowie PL chcieli wziąć udział w dyskusji. Zaczęli od rozdawania ulotek mających przedstawić ich punkt widzenia, stanowisko PL okręgu kalisko-leszczyńskiego. Spotkało się to z zainteresowaniem wielu uczestników spotkania, ale jednocześnie z „wściekłością”  i przeciwdziałaniem części działaczy SLD. Bezpodstawnie dokonano zaboru ulotek ca 350 szt. – jest to czyn kryminalny.

Członkowie PL, którym uniemożliwiono udział w dyskusji opuścili spotkanie.

Rodzą się pytania do kandydata na Prezydenta wszystkich Polaków:

- czy boi się publicznej dyskusji?

- czy jest przeciwko demokratycznym zasadom dyskusji?

- czy jest za ustawioną pseudo dyskusją?

- czy jest za zamordyzmem?

Grzegorz Napieralski powinien  publicznie (jego zwolennicy dopuścili się  czynu kryminalnego) ustosunkować się do takich zachowań „działaczy” SLD z terenu i odciąć się od nich. Jeśli tego nie zrobi, możemy sobie wyobrazić na co go będzie stać gdyby został Prezydentem.

Incydent ten zgłoszono Kanclerzowi PWSZ w Kaliszu Panu. K. Matusiakowi, który stwierdził, że salę wynajęło Biuro Posła  SLD Leszka Aleksandrzaka i tam należy żądać wyjaśnień sprawy dokonanego zaboru mienia. W dniu 10 czerwca zgłoszono oficjalnie ten incydent w Biurze Posła Leszka Aleksandrzaka – do dziś (13.06.2010) brak jest jakiejkolwiek reakcji, wyjaśnień.

Czyżby Poseł SLD  Leszek Aleksandrzak członek sejmowej komisji śledczej popierał  łamanie prawa?

Andrzej Ordziejewski

 
PDF Drukuj Email

                            ZASTĘPCZA   KAMPANIA

 

           Kandydaci na urząd prezydenta RP przemawiają na spotkaniach, rozdają ulotki, organizują konferencje prasowe. Formalnie kampania się toczy. Mam jednak dziwne wrażenie, że uczestniczę w teatrze cieni: jakimś pozornym świecie politycznego substytutu. Że zafundowano mi zastępczą rzeczywistość. Warto się jej przyjrzeć.

           Same wybory, przyspieszone i niejako prowizoryczne, pełnią funkcję wyborów zastępczych. Ogłoszone zostały przez prezydenta zastępczego, który wykonuje różnego rodzaju pozorowane ruchy, aby przyzwyczaić wyborców do kojarzenia siebie  z majestatem Głowy Państwa – na przykład, powołuje Radę Bezpieczeństwa Narodowego, będącą ciałem dostojnym, ale pozbawionym znaczenia. Co ważniejsze, tenże zastępczy prezydent jest także zastępczym kandydatem w ogłoszonych przez siebie wyborach – i to łączy go z jego dwoma głównymi konkurentami. Z różnych powodów kandydaci trzech największych partii zastępują kogoś innego:  Komorowski – Tuska, Jarosław Kaczyński – swojego brata, a Napieralski – Jerzego Szmajdzińskiego. Jeszcze trzy miesiące temu żaden z nich nie zgłaszał prezydenckich aspiracji. Do udziału w tej kampanii zmusiły ich okoliczności: w pierwszym przypadku – strach i polityczne kunktatorstwo głównego pretendenta, w dwóch kolejnych – tragiczny wypadek. Co czyni ich bardziej figurantami, niż głównymi aktorami na politycznej scenie. Szczytowym przykładem owego „figuranctwa” jest sytuacja kandydata – i szefa – SLD, który z mediów dowiedział się, że Tusk i Kwaśniewski za jego plecami uzgodnili, że jego partia poprze kandydaturę Marka Belki na stanowisko prezesa NBP. On zaś co najwyżej może tej inicjatywie przyklasnąć. Nawiasem mówiąc, kandydatura Belki jest kolejnym przykładem działania pozornego: pozornie mamy do czynienia ze sporem o stanowisko prezesa NBP – a tak naprawdę NBP w ogóle nie liczy się w tym sporze, chodzi o to, czy kandydat PO odbierze kandydatowi SLD parę procent głosów. Jedynie w przypadku Jarosława Kaczyńskiego możemy podejrzewać, że dopiero dzisiaj mamy do czynienia z oryginałem. Dlatego m.in. skupiła się na nim uwaga opinii publicznej, wyczekującej z niecierpliwością na oświadczenia i deklaracje, które zresztą wydzielane nam są nader skąpo. Wiadomo, że przedstawi je sam autor.

            Zastępczy kandydaci prowadzą zastępczą kampanię. Próżno doszukiwać się w niej  projektów reformy państwa, wizji rozwoju kraju, koncepcji polityki zagranicznej oraz pomysłów na przyszłość Unii Europejskiej, czy w końcu modelu prezydentury, za którą kandydat się opowiada. W zamian jesteśmy karmieni komunałami, sloganami, obietnicami bądź pomysłami, które z zadaniami i kompetencjami prezydenta RP nie mają jako żywo nic wspólnego. Słaba nadzieja, że zmienią to – jeśli do nich dojdzie – debaty pretendentów.  Mało tego, ciągle nie potrafimy wyzbyć  się złych emocji, na co wielu po 10 kwietnia złudnie liczyło. Jeden pan liczy kwotę ubezpieczenia, jaką dostanie córka po śmierci matki i ojca, drugi starszy pan histerycznie ogłasza stan wojny. W odpowiedzi słyszymy o zakończeniu wojny polsko-polskiej. Jakaż to wojna się w Polsce toczyła – poza tradycyjny polskim piekłem obsesyjnych niechęci i żenujących awantur?

               Ale jak ożywia to życie medialne i jaką daje niepowtarzalną szansę na wszelkiego typu manipulacje. Gdy brak rozumnej debaty, gdy znika świat wiedzy, kompetencji i rzeczowych racji, każda bzdura staje się faktem, a każdy frazes argumentem. I jak mało trzeba wiedzieć, żeby deliberować, dyskutować i kreować opinie.

               Po tej zastępczej kampanii,  głos na zastępczych kandydatów odda w wyborach zastępczy wyborca. Nie ten, co dokonał rozumnego, racjonalnie przemyślanego wyboru – ale ten, który poddał się emocjom i ugruntowanym środowiskowo bądź towarzysko opiniom. A te nie zawsze muszą być najmądrzejsze.

I jesteśmy znowu w domu.             

 
PDF Drukuj Email

Belka do Iraku

Wobec przebiegłej inicjatywy Bronisława Komorowskiego, chciałabym zaapelować do lewicowych posłów: Nie lękajcie się! Zagłosujcie przeciwko Belce!

Po pierwsze: Marek Belka nie był premierem lewicy. Był prywatnym premierem Aleksandra Kwaśniewskiego, a wcześniej jego doradcą i jego człowiekiem w lewicowych rządach. Po dymisji Leszka Millera i secesji Borowskiego, w Sojuszu popularna była koncepcja powrotu do koalicji SLD-PSL, co nowemu rządowi pozwoliłoby obejść się bez zdrajców z SdPL. Kandydatem na szefa takiego rządu, dającym poważne szanse na porozumienie się z ludowcami, był wówczas Józef Oleksy. Zamiast tego, pod naciskiem Aleksandra Kwaśniewskiego, Sojusz zapakował się w Belkę, który kontynuował neoliberalną, proamerykańską linię rządu Millera, która to linia napytała Sojuszowi biedy – a jeszcze do tego musiał chodzić w łaskę do Borowskiego, który każde swoje zdanie zaczynał od oświadczenia, że SLD to złodzieje i aferzyści. Warto przypomnieć też politykę personalną Belki, której sztandarowym osiągnięciem było powołanie solidarucha i człowieka Wałęsy, Andrzeja Ananicza, na szefa Agencji Wywiadu.

Po drugie: Marek Belka nie jest człowiekiem lewicy. Jego poglądy gospodarcze biorą się stąd, skąd powinny się brać, zważywszy na zajmowaną przez niego pozycję dyrektora w MFW – czyli z Uniwersytetu Chicago, gdzie Belka studiował pod kierownictwem samego Miltona Friedmana, o którym następnie napisał pracę doktorską. Milton Friedman, jakby ktoś nie wiedział, jest autorem ultraliberalnej, monetarystycznej szkoły ekonomicznej, która twierdzi, że jeśli rynek nie działa doskonale, to znaczy, że jest niedostatecznie wolny i należy znieść wszelkie regulacje, zwłaszcza te, dotyczące standardów ekologicznych, konsumenckich i prawa pracy, sprywatyzować usługi publiczne, uwolnić handel, zlikwidować wydatki socjalne i obniżyć podatki. Milton Friedman był ekonomicznym guru i doradcą Augusto Pinocheta, którego nauczył, jak wykorzystywać terror do przeprowadzenia reform gospodarczych, które w warunkach demokracji byłyby nie do przeprowadzenia, albowiem ich filozofia opiera się na wpędzeniu całego społeczeństwa w nędzę, iżby najbogatsi mogli się jeszcze wzbogacić. Ministrem finansów u Belki został Mirosław Gronicki, wcześniej pracownik Banku Światowego i założonej przez żonę Balcerowicza fundacji CASE, będącej polską falangą friedmanizmu.

Po trzecie: Marek Belka nie reprezentuje polskich interesów. Wiem, że brzmię trochę jak Macierewicz, ale taka jest prawda: Marek Belka jest człowiekiem USA i nigdy tego nie ukrywał. Studiował, jak wspominałam, na Uniwersytecie w Chicago i Uniwersytecie Columbia, pracował w reprezentującym amerykańskie interesy MFW i w amerykańskim banku JP Morgan Chase, ma też w swoim życiorysie wyjątkowo mroczny passus, kiedy to był członkiem amerykańskich władz okupacyjnych w Iraku. A konkretnie dyrektorem ds. polityki finansowej u amerykańskiego namiestnika w Iraku, Paula Bremera oraz przewodniczącym Międzynarodowego Komitetu Koordynacyjnego, który decydował, kto ma zarządzać Irackim Bankiem Handlowym, kredytującym odbudowę kraju. Konkurs wygrał JP Morgan – bank, w którym Belka chwilę wcześniej pracował, ale oczywiście nie było problemu, gdyż Belka nie brał udziału w komisji, podejmującej tę akurat decyzję. Ponadto, cały rząd Belki składał się z ludzi związanych z USA. Wbrew oczywistemu interesowi lewicy, która nieprzytomnie nagrabiła sobie wojną w Iraku, Belka pozostawił na stanowiskach dwóch najbardziej oddanych Ameryce ministrów: Włodzimierza Cimoszewicza, którego osobiste, zawodowe i rodzinne powiązania z USA są tak daleko idące, że wyczerpują znamiona tego, co służby specjalne nazywają „agenturą wpływu” oraz Jerzego Szmajdzińskiego, który był ministrem obrony odpowiedzialnym za udział wojsk polskich w operacji irackiej oraz zakup fatalnych F-16. Nawiasem mówiąc, inni kontrowersyjni członkowie jego rządu też byli ludźmi USA: Gronicki miał za sobą pracę Uniwersytecie Pensylwania w Filadelfii, a Ananicz – na Uniwersytecie Indiana w Bloomington.

Po czwarte: Belka nie jest premierem, z którego lewica mogłaby być dziś dumna. Jest premierem, którego radosne działania na polu wyprzedaży skłoniły Sejm do podjęcia uchwały, upominającej rząd, iż prywatyzacja najważniejszych dla gospodarki firm powinna uwzględniać strategiczne interesy kraju oraz zakazującej sprzedaży tych firm bez opinii Sejmu. Szczególnie kontrowersyjna była prywatyzacja Banku Gospodarki Żywnościowej, która została przeprowadza przez raczej bezczelne obejście tej uchwały. Zamiast sprzedawać akcje należące do Skarbu Państwa – na co musiałby wyrazić zgodę Sejm – rząd dopuścił tzw. inwestora do dokapitalizowania banku, co miało ten sam efekt: przejęcie 30 proc. udziałów. Następne 21 proc. inwestor ów skupił sobie od banków spółdzielczych, które miały ok. 1/3 BGŻ. W efekcie, udział Skarbu Państwa zszedł poniżej 50 proc. I równocześnie rząd zmienił regulamin banku, rezygnując z zapisu, mówiącego, iż Skarb Państwa ma większość w Radzie Nadzorczej i zarządzie tak długo, jak długo ma powyżej 25 proc. W sumie, pozwoliło to wzmiankowanemu inwestorowi przejąć kontrolę na BGŻ, nie płacąc rządowi premii za oddanie pakietu kontrolnego.

To, co w całym tym zamęcie najciekawsze – to fakt, iż inwestorem tym był Rabobank. Jeden z głównych właścicieli Eureko, z którym rząd polski toczył ciężką wojnę o PZU. I tak dochodzimy do kolejnej plamy w życiorysie Marka Belki.

Po piąte: rola Belki w ekstremalnie niekorzystnej dla państwa polskiego prywatyzacji PZU była co najmniej dwuznaczna.

Marek Belka był: a) ministrem finansów, który aprobował program restrukturyzacji i prywatyzacji PZU, co znaczy, że posiadał dostęp do nader istotnych dla firmy informacji; b) wieloletnim członkiem Rady Nadzorczej Big Banku Gdańskiego – wspólnika Eureko w konsorcjum, które kupiło PZU w sposób absolutnie niezgodny z prawem i do tego jeszcze za 30 proc. wartości; i wreszcie c) Belka był także ekspertem w firmie ABN AMRO, która to firma była doradcą Ministerstwa Skarbu Państwa przy prywatyzacji PZU. Inaczej mówiąc, brał kasę jednocześnie od firmy, która chciała PZU jak najtaniej kupić i od firmy, która pomagała PZU jak najdrożej sprzedać. Z tą ostatnią firmą Belka podpisał cały pęk umów na „współpracę przy projekcie w zakresie przygotowania ofert na wybrane projekty prywatyzacyjne”. Swoją drogą, prywatyzacja PZU była jedynym projektem prywatyzacyjnym, z którym ABN AMRO miała wtedy w Polsce do czynienia. Czym Belka się zajmował, dokładnie nie wiadomo, albowiem po tej współpracy nie pozostały żadne dokumenty, z wyjątkiem umów, gdyż – jak wyjaśnili przedstawiciele ABN AMRO – współpraca owa „miała formę konsultacji ustnych”. Za te konsultacje w formie konwersacji Belka przytulił 300 tys. złotych. Nawiasem mówiąc, komisja śledcza ds. prywatyzacji PZU uznała, iż Belka mógł dopuścić się składania fałszywych zeznań – inaczej mówiąc, że łgał przed komisją i w prokuraturze w sprawie tego za co tak naprawdę płaciła mu ABN AMRO. Na szczęście dla Belki, raport komisji w związku z końcem kadencji trafił do biurka marszałka i tam pozostał.

Warto dodać, iż Marek Belka, jako premier, nie tylko nie wykonał zalecenia komisji śledczej i nie zaskarżył umowy z Eureko do sądu, ale też zgodził się na nader niekorzystne dla Polski oddanie sporu do Trybunału Arbitrażowego – choć w umowie prywatyzacyjnej stało wyraźnie, iż wszystkie spory rozstrzygane będą przed sądami powszechnymi RP.

No i wreszcie – po szóste – warto przypomnieć, że poziom lojalności Belki jest porównywalny z tym, reprezentowanym przez Tomasza Nałęcza. Marek Belka, będąc premierem rządu utworzonego i wspieranego przez SLD, ogłosił publicznie, że ma zamiar wstąpić do tworzonej przez polityczną konkurencję SLD Partii Demokratycznej, co skłoniło Sojusz – wreszcie – do wypowiedzenia rządowi poparcia.

Jeśli kierowany przez Grzegorza Napieralskiego Sojusz Lewicy Demokratycznej miałby znowu stać się tą siłą, która wyniesie Marka Belkę do władzy – to osobiście pójdę zagłosować na Jarosława Kaczyńskiego. Od razu, w pierwszej turze. Słowo honoru.

Agnieszka Wołk-Łaniewska

 
PDF Drukuj Email
17.12.2008.Pomostówki. Ustawa przyjęta przez Sejm głosami rządzącej koalicji godzi w interesy szerokich rzesz pracowników sfery budżetowej.
Poszukiwanie oszczędności wśród tych, którzy pracując w szczególnie trudnych warunkach przez lata odprowadzali swoje składki do ZUS - jest wysoce niemoralne. Dodajmy, że podejmując pracę w danym zawodzie -nauczyciele czy górnicy  zawierali swoisty kontrakt z państwem, które gwarantowało im wcześniejszą emeryturę w zamian za poświęcanie swojego zdrowia i często narażanie życia. W tej chwili rządząca koalicja chce zerwać ten kontrakt - naruszając zaufanie całych grup zawodowych do instytucji państwa. Uważam, że posłowie lewicy powinni głosować w Sejmie za wetem Prezydenta i nie dopuścić do uchwalenia ustawy o pomostówkach. Naturalnie jeśli pamiętają, że w nazwie ich klubu też jest słowo "Lewica".
 
PDF Drukuj Email

12.12.2008. Radziecka interwencja kosztowałaby życie 200 tysięcy Polaków – oceniła CIA w odtajnionych materiałach. Wiadomość z Langley oznacza, że generał Jaruzelski wprowadzając stan wojenny ocalił 200 tysięcy ludzi, ale zaślepieni hunwejbini z IPN oraz prawicowi politycy i żurnaliści uważają inaczej.(..)

Raporty płk. Kuklińskiego nie pozostawiają wątpliwości. ZSRR miał wystarczające siły i wolę, aby Polskę spacyfikować. „Solidarność” zostałaby stratowana, a nowe cmentarze krwawiłyby przez lata wyklinając przywódców za grzech zaniechania. (...) Podczas wprowadzania stanu wojennego zginęło 14 osób. (...) Radziecka interwencja miała pochłonąć życie 200 tysięcy Polaków.  Gen. Jaruzelski uchronił Polskę od niewyobrażalnego nieszczęścia. Więcej na blogu Leszka Millera
 
<< Początek < Poprzednia 121 122 Następna > Ostatnie >>

Strona 121 z 122